Polski boks: Jenga i kot Schrödingera

Dodał
Zaktualizowano: 18 stycznia 2019
jenga1111111

2019 będzie ostatnim rokiem drugiej dekady XXI wieku. Rokiem, który dla polskiego boksu zawodowego z jednej strony ma szansę być jednym z najlepszych w ostatnim czasie (teza mocno optymistyczna) jak i jednym z najbardziej rozczarowujących (założenie pesymistyczne). Niezależnie od tego co stanie się w najbliższych dwunastu miesiącach, w oddali widać niebezpieczeństwo.

W oparach promotorskich sporów umyka problem dziury pokoleniowej jaka wytworzyła się w środowisku w ostatnich latach. Jeśli nie zostanie zasypana, niebawem zwyczajnie nie będzie się o co się kłócić.

Vanitas vanitatum et omnia vanitas

Naturalnego paliwa w postaci wyszkolonych pięściarzy dostarcza dla promotorów przede wszystkim boks amatorski zwany od pewnego czasu – olimpijskim. Istnieją oczywiście na świecie regiony z nieco inaczej ukształtowaną tradycją, ale upraszczając – w warunkach europejskich trudno znaleźć silny rynek profesjonalnej odmiany boksu bez podparcia w postaci solidnych struktur amatorskich.

Polski boks olimpijski od dekad podlega stopniowej erozji. Bywają momenty, a w zasadzie momenciki drobnego przebłysku, które jednak ostatecznie gasną tak szybko jak się pojawiły. Przypomina to nieco hipotetyczną sytuację w jakiej znajduje się osławiony „kot Schrödingera”.

Dla niewtajemniczonych: Noblista Erwin Schrödinger sformułował swego czasu eksperyment myślowy w którym opisał teoretyczną sytuację, kiedy to w pudełku umieszczamy obok siebie żywego kota, pojemnik z toksyczną substancją oraz radioaktywny pierwiastek. Ten ostatni element jest swego rodzaju zapalnikiem, który może, choć nie musi, spowodować uwolnienie trucizny. Pudło następnie zamykamy. Zgodnie z rozumowaniem Schrödingera – bez jego ponownego otwarcia, nie jesteśmy z zewnątrz w stanie stwierdzić czy zwierzę zostało zabite czy nie. Z tej perspektywy – jest żywe i martwe jednocześnie. Taki niejednoznaczny i paradoksalny stan fizycy określają mianem superpozycji.

Polski boks amatorski znajduje się zatem w superpozycji (w ujęciu fizycznym) i w ch…..j pozycji – w rozumieniu dosłownym. Przystawiając ucho do pudełka w którym zamknięty jest nasz kot usłyszymy od czasu do czasu cichutkie rzężenie. Jeśli dostawimy nos, odrzuci nas zapach zdechlizny. Na dobrą sprawę nikt nie ma ochoty zaglądać do środka.

kot2

Organizm daje oznaki życia głównie dzięki resztce pasjonatów. Różnie bywa z infrastrukturą, różnie z kwalifikacjami – czasem pachnie zwyczajną partyzantką wymuszoną przez rzeczywistość. Martwy jest za to system. Brak realnego przywództwa, pomysłu który sprawiłby, że środowisko choćby zaczęło udawać, iż istnieje jakieś światełko w tunelu.

Narzekanie na Polski Związek Bokserski przypomina trochę użalanie się nad pogodą – prędzej czy później zdajesz sobie sprawę, że to bezcelowe, nudne, a grono słuchaczy dość szybko się wykrusza.

By jednak nieco zobrazować skalę beznadziei, przywołam przykład sprzed 8 lat – tak naprawdę jeden z wielu możliwych do przedstawienia – ale ten szczególnie dający do myślenia.

W 2010 roku w Baku odbywają się Młodzieżowe Mistrzostwa Świata w boksie olimpijskim. Kwalifikuje się na nie Polak – 17-letni Dawid Michelus. Zdobywa brązowy medal. W ćwierćfinale pokonuje Tugstsogta Nyambayara – ówczesnego v-ce mistrza świata seniorów. W półfinale ulega po bardzo równej potyczce Kubańczykowi Robeisy Ramirezowi.

W tej ładnej historii jest jednak mały zgrzyt: otóż niewiele brakowało a młody Polak do Baku w ogóle nie doleciałby. W budżecie związku nie znalazła się bowiem wystarczająca kwota, żeby sfinansować jego pobyt w stolicy Azerbejdżanu. Michelus zdobył medal tylko dzięki uporczywości swojego szkoleniowca, który pukając od drzwi do drzwi, mówiąc brutalnie – wyżebrał brakujące pieniądze:

Na szczęście udało się uzyskać odpowiednią sumę. Szukając tych funduszy czułem się trochę jak menel, zbierający na „flaszkę” (śmiech). Brałem po 20, po 50 zł, ile się dało. Udało się – mówił w rozmowie ze mną w 2010r., szkoleniowiec Michelusa, Sławomir Nowicki.

Podium wywalczone na MMŚ było jednocześnie przepustką na odbywające się tego samego roku w Singapurze Letnie Igrzyska Młodzieży.

Dawid jako jedyny z polskich bokserów dostał się na Igrzyska w Singapurze, a Polski Związek Bokserski chciałby, żebym to ja szukał pieniędzy na finansowanie obozów. Ale cóż, ja Dawida i tak przygotuje, nawet jeśli miałbym wyłożyć na to swoje własne pieniądze – dodawał trener Nowicki.

Michelus na szczęście do Singapuru dotarł, zdobył brązowy medal – znów przegrywając półfinał po równej walce z Ramirezem.

Po przylocie do Polski, na lotnisku Michelusa powitał oczywiście ówczesny prezes PZB, Jerzy Rybicki:

Szczerze powiedziawszy, spodziewałem się medalu Dawida, taki zawodnik jak on to prawdziwy skarb, takie talenty trzeba szczególnie pielęgnować. Znów przegrał ze znakomitym Kubańczykiem, ale do trzech razy sztuka! Życzę mu złota na Olimpiadzie – zapewniał Rybicki.

Jaki jest epilog tej historii? Dwa lata później, już na „prawdziwej” Olimpiadzie w Londynie wspomniani wcześniej – Nyambayar oraz Ramirez zdobywają odpowiednio srebro i złoto. Michelusa na Igrzyskach w ogóle nie ma. Mijają kolejne cztery lata i na następnych IO tym razem w Rio de Janeiro, Ramirez znów sięga po złoto. W lipcu 2018r. ucieka ze zgrupowania kubańskiej kadry w Meksyku i wkrótce rozpocznie profesjonalną karierę. Co dzieje się z Michelusem? Przyznam szczerze nie wiem…

Jak zaznaczyłem – to oczywiście jeden z wielu możliwych przykładów uświadamiający skalę problemu. Pokazujący krajobraz suchej, wyjałowionej ziemi gdzie jeśli – wbrew zupełnej logice – wyrośnie nawet coś, co może dać owoce, zostanie prędzej czy później zadeptane. Kraina gdzie pomimo panującej suszy twa w najlepsze walka „na noże” [czasem dosłownie] o każdą piędź ziemi. Gdzie wszystkie skandale najpierw spływają po obecnych jak po kaczce a potem krzepną, tak jak krew z czasem krzepnie na koszuli.

Wyrwa

Gdy boks amatorski marniał z dnia na dzień, rodzime profesjonalne pięściarstwo rozwijało się, rosło stopniowo w siłę i zyskiwało grono sympatyków. Niektórzy uznają to za paradoks, inni wręcz przeciwnie, uważają że są to procesy ściśle ze sobą powiązane.

Bywały lata zaskakująco dobre jak i rozczarowujące.

Jeśli sięgniemy pamięcią do pierwszej połowy obecnej dekady (lata 2010-2014) zobaczymy jak pewna generacja naszych pięściarzy puentowała swoje kariery. Tomasz Adamek po kilu zwycięstwach w wadze ciężkiej doczekał się pojedynku o mistrzostwo świata królewskiej dywizji. Krzysztof Włodarczyk kilkukrotnie bronił pasa kat. do 200 funtów. Rafał Jackiewicz, Albert Sosnowski, Grzegorz Proksa, Mariusz Wach – otrzymali szansę walki o najważniejszy tytuł [pierwszych trzech wywalczyło dodatkowo wcześniej pas mistrza Europy - EBU]. Paweł Kołodziej oraz jego imiennik Paweł Głażewski również dostali taką możliwość. Będących wysoko w rankingach Damiana Jonaka i Dawida Kosteckiego „złoty strzał” ominął z wiadomych względów.

W tym samym okresie istniało równolegle pokolenie nieco młodszych pięściarzy.

Mateusz Masternak miał już na koncie nawet tytuł mistrza Europy, który ostatecznie stracił w starciu z Grigorijem Drozdem. Kapitalnie rozwinął się Krzysztof Głowacki. Polak piął się w rankingach by chwilę później (w 2015r.) sięgnąć po pas mistrza świata. Świetnie rokował Kamil Łaszczyk. W 2014 kluczowe zwycięstwa dla swoich karier odnieśli Artur Szpilka, Maciej Sulęcki i Michał Syrowatka. Po wygranych nad m.in. G. Johnsonem oraz G. Campillo szansę zdobycia mistrzowskiego pasa wagi półciężkiej dostał Andrzej Fonfara. Przegrał, ale zostawił po sobie dobre wrażenie. Dość brutalną weryfikację zaliczył Andrzej Wawrzyk. Polak został szybko zastopowany przez Aleksandra Powietkina. Wawrzyk miał jednak wówczas 26 lat – niewiele jak na wagę ciężką – i choć osób wierzących w jego talent było jak na lekarstwo, podopieczny Fiodora Łapina miał jeszcze przed sobą sporo czasu by dojrzeć i okrzepnąć jako pięściarz. W tle coraz śmielej poczynali sobie Michał Cieślak oraz Kamil Szeremeta. Kariera Izu Ugonoha rozpędzała się (i rozpędza  po dziś) w tempie fabuły filmu „Śmierć w Wenecji”. Izu pomimo licznych przerw pozostawał jednak na radarze kibiców.

Wróćmy do współczesności. Opisane wyżej pokolenie weszło/wchodzi/wejdzie niebawem w etap puentowania karier.  Tak jak kiedyś Adamek i Włodarczyk, tak dziś Głowacki czy Sulęcki wkraczają w kluczowy moment dla swojego sportowego resume.

Przyjrzyjmy się jednak temu co najbardziej nas interesuje, mianowicie bezpośredniemu zapleczu. Poniżej zestawiłem ze sobą obecnie najciekawszych polskich pięściarzy zawodowych (urodzonych w 1990 r. i młodszych) oraz ich odpowiedników sprzed kilku lat, ówczesnych „prospektów”.

tabelaost

Na początek kilka uwag:

1. 29-letni „prospekt” brzmi trochę jak 29-letnia dziewica – spora aberracja w skali świata. Poruszamy się jednak w warunkach polskich, a co za tym idzie – musimy spojrzeć na realia z większą wyrozumiałością.

2. Lista obecnych „prospektów” (jak widać gołym okiem) jest mocno naciągana. Kilka nazwisk zostało na niej umieszczonych na siłę.

3. Inni jak np. Przemysław Runowski czy Patryk Szymański znajdują się na dość poważnym zakręcie i nie wiadomo czy i kiedy wrócą do uprawiania sportu.

4. Odbiór zestawienia może zaburzać fakt, iż porównujemy pięściarzy, których potencjał został już w wielu przypadkach określony w ostatnich latach z tymi, którzy dopiero czekają na prawdziwe testy. Innymi słowy – inaczej postrzegany był np. Artur Szpilka po wygranej nad Tomaszem Adamkiem, a inaczej widzimy go dziś.

5. Pokolenie 1990+ ma jeszcze dwanaście miesięcy by nieco „podrasować” CV (kolumna po lewej obejmuje okres 4-letni, kolumna po prawej 5-letni).

6. Rozwój kariery w zasadzie nigdy „nie zazębia” się z przyjętymi tutaj umownymi przedziałami (dekada, połowa dekady itp.).

7. Przyjęte przeze mnie kryterium wieku też jest tylko symboliczne. Przekroczenie 30 roku życia nie oznacza przecież przekreślenia jakichkolwiek szans na tryumf. Warto jednak tutaj zaznaczyć, iż zdecydowana większość naszych utytułowanych zawodników w tym Tomasz Adamek, Krzysztof Włodarczyk i Krzysztof Głowacki odnosiła swój pierwszy duży sukces przed „trzydziestką”.

8. By nie zaburzać realnego odbioru zestawienia, zdecydowałem się nie umieszczać w nim pochodzącego z Ukrainy utalentowanego Fiodora Czerkaszyna.

Mając z tyłu głowy ww. uwagi widać mimo wszystko jak na dłoni wyraźną różnicę na niekorzyść obecnego pokolenia. Konfrontując ze sobą co smakowitsze „wisienki” z obu list, cóż… zbytnich powodów do optymizmu nie ma. Poprzedniej generacji doczepiano nieraz etykietkę „sztucznie nabitych rekordów”  i „ciągłego braku weryfikacji”. Gdy spojrzymy jednak na to z kim walczyli w stosunkowo młodym wieku Szpilka, Wawrzyk, Masternak, Głowacki, Łaszczyk czy Fonfara, to zastanówmy się jaką „łatkę” należałoby przyszyć ich dzisiejszym rówieśnikom? Skala talentu to zresztą jedno. Polski boks zawodowy systematycznie starzeje się. Widać to i w tabeli powyżej, jak i w strukturze wiekowej zawodników boksujących w kategorii ciężkiej i naszej koronnej – cruiser. Na dobrą sprawę w tych dwóch dywizjach nie mamy obecnie praktycznie nikogo w wieku 20-27 lat w kim można pokładać nadzieje na przyszłość.

Potencjału sportowca nie da się określić tylko na podstawie suchych statystyk. Z dziesięciu talentów nigdy nie zrodzi się dziesięciu mistrzów. Proporcja jest o wiele bardziej brutalna. Wielu naprawdę utalentowanych zawodników [np. Kamil Łaszczyk] przepada gdzieś po drodze z najróżniejszych powodów. Dla przeciwwagi – bywa z kolei tak, że ktoś na kogo nikt nie stawia, nagle eksploduje i wdziera się szturmem do światowej czołówki. Cztery lata temu Adam Kownacki był tak naprawdę tylko ciekawostką, którą interesowało się wąskie grono osób. Wiemy w jakim miejscu jest dziś.

Jeżeli w naszych „młodszych” pięściarzach drzemie właśnie taki ukryty potencjał (którego niestety w większości przypadków osobiście nie dostrzegam) – to znakomicie. Sprawa załatwiona i cały ten wywód jest zupełnie bez sensu. Jeśli nie – za kilka lat będziemy wspominać nie tylko największe pojedynki Adamka, „Diablo” czy Głowackiego. Możemy zatęsknić i za tymi co do których nigdy byśmy się tego nie spodziewali.

Jenga

Ze względu na dość mocno okrojony materiał ludzki budowanie produktu pod nazwą „boks zawodowy” przypominało w pewien sposób popularną grę towarzyską – Jengę. Zabawę skupiającą graczy wokół improwizowanej konstrukcji. W oryginalnej wersji Jengi – uczestnicy [za Wikipedią]:

Z drewnianej wieży gracze kolejno usuwają z budowli dowolny klocek poniżej skończonego poziomu i układają go na górze. Przegrywa osoba, która wyciągając klocek, przewróci wieżę. Gra przeznaczona dla dowolnej liczby osób.

Podczas rozgrywki elementy wcześniej wyjęte trafiają z powrotem na górę układanki. W przypadku boksu zawodowego – usunięty fragment budowli [pięściarz definitywnie kończący karierę] trafia na bok i trzeba go zastąpić kimś nowym. Ogólna zasada jest jednak taka sama – wszystkie wyrwy w budowli da się równoważyć, o ile we właściwym czasie, we właściwym miejscu ułożymy kolejną część [w idealnych realiach - starszego, zasłużonego zastępuje perspektywiczny zawodnik].

Do promotorsko – biznesowej Jengi może u nas zasiąść w zasadzie każdy. I na dobrą sprawę – ktoś kto chce ryzykować własne pieniądze w tym naprawdę niełatwym biznesie zasługuje na choćby minimum szacunku i pewien kredyt zaufania. Jednocześnie do wszelkich zapewnień trzeba podchodzić z dużą ostrożnością. Do budowania zabierali się czasem ludzie z trzęsącymi dłońmi, zbawiciele, rewolucjoniści, którzy zapowiadali koniec pewnej epoki, wywrócenie obecnego porządku. Prawie każdy obiecywał nową jakość i powiew świeżości. Efektem przedawkowania tej „nowej jakości” był nieraz skręt kiszek  albo biegunka. Zamiast powiewu świeżości w powietrzu unosił się smród zatkanego sedesu, a dalsze rozwolnienie blokował na szczęście Stoperan w postaci ujemnego wyniku finansowego gali. Byli oczywiście i tacy, którzy intencje mieli dobre, ale na pewnym etapie zwykle brakowało im pieniędzy, kontaktów, know-how, zaplecza.

Konkurencja sama w sobie jest oczywiście potrzebna. Wymusza działania, wzmaga innowacyjność, pobudza czujność. Zasadniczym problemem polskiego boksu zawodowego nie jest jednak brak konkurencji, zainteresowania ze strony telewizji czy mała ilość gal. Prawdziwym kłopotem jest deficyt perspektywicznych zawodników. Stosunkowo młodych, naprawdę zdolnych – mówiąc krótko takich, którzy faktycznie potrzebują pomocy przy prowadzeniu karier. Tych jest dziś u nas mniej niż promotorów działających na rynku. Konkurenci coraz częściej zmuszeni są podbierać sobie nawzajem klocki albo sięgać na zakurzoną półkę po te wcześniej odłożone i zapomniane. O ile walkę o najatrakcyjniejsze kąski można jeszcze zrozumieć , o tyle rywalizacja pt. ”U kogo zawoskuje Krzysztof Zimnoch” – jest już co najmniej groteskowa… Są to ruchy pozorowane, kosmetyczne, obliczone na tu i teraz – nie gwarantujące jednak długofalowo stabilności całej konstrukcji. Ta – przy braku dopływu świeżego budulca – zacznie chybotać się i coraz głośniej trzeszczeć.

W oryginalnej Jenge porażkę ponosi tylko ten kto spowoduje upadek całej struktury. W realnym życiu, przy zawaleniu się budowanego mozolnie produktu – przegrają wszyscy.

Opracował: Przemysław Mrzygłód // blog: fightingclub.pl