Hardkorowy fan – przekleństwo polskiego MMA?

Dodał
Zaktualizowano: 1 października 2013
GALA MMA ATTACK 2

Hardkorowy (ortodoksyjny) fan – dosyć niejasne pojęcie, oznaczające z grubsza osobę zafascynowaną konkretną dyscypliną, orientująca się biegle w temacie, skupiającą się przede wszystkim na aspekcie sportowym a nie marketingowym widowiska. „Hardkorowy” najczęściej ma w głębokim poważaniu tak zwanego „Janusza” czyli widza przypadkowego, niedzielnego, mającego mgliste rozeznanie w materii.

„Hardkorowy” potrafi napsuć trochę krwi, lubi narzekać, zawzięcie krytykować często nie przebiera w słowach. Wywołuje tym samym irytację zwłaszcza u tych, którzy sami padają ofiarą tej swego rodzaju nagonki.

Kibic ortodoksyjny stał się też w ostatnim czasie winowajcą. Głównym oskarżonym w sprawie pewnych mniejszych bądź większych niepowodzeń na rodzimej scenie sportów walki. Na pieńku z tymi najbardziej zagorzałymi mają od jakiegoś czasu włodarze federacji KSW.

Rozczarowany sprzedażą PPV po gali KSW 23, Martin Lewandowski mówił w wywiadzie dla mmanews.pl:

Jestem zły na środowisko, jestem zły na wielkich kibiców. Tutaj wychodzi trochę roszczeniowa postawa z Polaków, że im się należy. Jak ja idę do kina to płacę, jak oglądam widowisko sportowe, to płacę.

I tutaj pojawia się pierwszy problem. Do kogo tak naprawdę kierowane jest PPV? Z jednej strony wysyła się komunikat, że te kilkadziesiąt złotych to tak naprawdę żaden wydatek. Z drugiej zaś formułuje się przekaz, że płatna transmisja to produkt premium, coś ekskluzywnego i nieobligatoryjnego. Te dwie informacje – przynajmniej w pewnym stopniu – przeczą sobie nawzajem. Gdy spojrzymy na PPV jako pojedynczy wydatek, to faktycznie kwota kilkudziesięciu złotych niekoniecznie musi wydawać się zaporowa. Jeśli natomiast podliczymy ile razy zagorzały kibic sportów walki (boksu i MMA) musiał sięgnąć do kieszeni w ostatnich dwóch latach: Kliczko – Adamek, Wach – Kliczko, Wawrzyk – Powietkin, Włodarczyk – Czakijew, Roy Jones jr – Gałażewski, Adamek – Walker, Gołota – Saleta + kilka gal KSW – otrzymamy sumę którą statystyczny Polak kilka razy obejrzy zanim zdecyduje się wydać. System pay-per-view nie jest więc w Polsce dla każdego, może sobie na niego pozwolić tylko pewna zawężona grupa odbiorców. Przyjmując, że w Polsce jest nawet 100 tysięcy (a to raczej zawyżona liczba) ortodoksyjnych fanów sportów walki, to czy faktycznie na ich barkach spoczywa sukces bądź niepowodzenie ostatecznego wyniku sprzedanych płatnych subskrypcji? Szansa na to, że to właśnie ta grupa udźwignie wysokie ratingi jest żadna, a przerzucanie na nią niemal całej odpowiedzialności – niezbyt zasadne.

Z podobnym mechanizmem mamy do czynienia dziś, kiedy środowisko obiegła informacja o odwołaniu ciekawie zapowiadającej się gali MMA Attack 4. Organizatorzy poinformowali o wycofaniu się sponsorów i słabej sprzedaży biletów (niecałe dwa tysiące wejściówek).

Łukasz Jurkowski, ekspert i komentator telewizyjny pisze na swoim blogu:

Grono hardcorowych fanów MMA, które tak licznie siedzi na forach, komentując z pozycji wygodnego fotela, kibla czy krzesełka w kuchni wszystkie wydarzenia w świecie MMA nie jest w stanie zebrać trochę grosza i kupić bilet. Pokazaliście już to wielokrotnie. To była gala dla „WAS”. Egzamin oblany. Prawdopodobnie w tej chwili Maciek i Martin z KSW śmieją się z WAS/NAS, bo swoim działaniem przyznaliście im rację. Pamiętacie wywiad, gdzie zostaliście nazwani „gamoniami”? Głupio teraz prawda? PPV złe, walki KSW śmieszne, Mirek Okniński zły, PLMMA do budy, FA słabe, a mniejsze organizacje, które wrzucają na plakaty większe zdjęcia zaproszonych gości niż startujących zawodników są dla was żenujące itd… Wychwalana przez Was organizacja, właśnie zwija żagiel. Nie rozumiem WAS. Nie rozumiem polskiego fana MMA. Rozumiem za to Darka Cholewę. Zaufał WAM. Został zdradzony. W Polsce MMA dalej zatem potrzebuje Marcina N i kolejnych rywali, którzy go zleją jak dziecko…Jestem wkurwiony. Brawa dla MMAA za bycie fair. Zawodnicy i pracownicy otrzymają rekompensatę finansową za przygotowania.

I tutaj znów nieco skrzywiona optyka. Można mieć żal do kibiców, że słowa nie idą w parze z czynami, że często poza narzekaniem nie potrafią nic zaoferować ukochanej dyscyplinie. Ale i tu trzeba zachować odpowiednie proporcje i nieco staranniej wskazać winnych.

MMA Attack od samego początku swojego funkcjonowania starało się w pewien sposób wejść w buty KSW. Organizacja Macieja Kawulskiego i Martina Lewandowskiego przebiła się do medialnego main staremu przede wszystkim dzięki tak zwanym freak – fightom, które zapoczątkowało starcie Mariusza Pudzianowskiego z Marcinem Najmanem. Dariusz Cholewa spróbował znaleźć swojego „Pudziana” w postacie Roberta Burneiki. Wyszło tak sobie, niby udało się przebić do szerszego grona osób, ale nawet najbardziej zagorzali krytycy byłego strongmana muszą przyznać, że Pudzianowski na tle litewskiego kulturysty wygląda dziś jak rasowy fighter.

KSW było w stanie w Polsce dokonać rzeczy kluczowej – nie tylko wypromować nazwiska poszczególnych zawodników, nie tylko znakomicie opakować swój produkt – ale przede wszystkim wypromować samą markę KSW jako wydarzenia gwarantującego pewną jakość. Te trzy litery wbiły się do tego stopnia do świadomości ludzi, że do tej pory znajdują się osobnicy używający terminów „MMA” i „KSW” jako synonimów.

Promotor bokserski Tomasz Babiloński zaczynał przygodę w biznesie od organizacji często wyszydzanych gal w małych miejscowościach – Legionowo, Wołomin et cetera. Stopniowo budował jednak  pozycję w środowisku, miał wizję jak wyróżnić się na niełatwym rynku. Dziś jest ciekawą alternatywą dla niemającego prawie żadnej większej konkurencji w kraju Andrzeja Wasilewskiego, ma wymarzony kontrakt z telewizją Polsat i bez ogródek przyznaje, że potrafi zarabiać na swoich galach.

Takiej pracy u podstaw zabrakło trochę w przypadku kierownictwa MMA Attack. W pogoni za KSW przeskakiwano niektóre stopnie, próbując jednocześnie nadążyć za liderem i stać się dla niego równorzędnym konkurentem. Kiedy sadzi się długie susy i gna na łeb na szyję, niestety łatwo o potknięcie.

Porwanie się na Ergo Arenę – największą halę widowiskowo-sportowa w naszym kraju, z Tomaszem Drwalem i Damianem Grabowskim na sztandarach było krokiem nie tyle nawet ryzykowanym co szalonym. Co z tego, że zarówno „Gorilla” jak i „Polish Pitbull” to znakomici zawodnicy i absolutny top polskiego MMA? Od kiedy klasa sportowa jest gwarantem ściągnięcia na trybuny rzeszy kibiców? Dobra sportowo karta walk to niestety na tym rynku za mało by wdrapać się ze swoją ofertą na szczyt. Wiadomo to nie od dziś – jeśli chce się funkcjonować w rzeczywistości, w której wyprzedaje się duże hale, sprzedaje kilkadziesiąt tysięcy PPV albo osiąga się milionową widownię w otwartej telewizji trzeba mieć w rękawie mocniejsze karty.

Mierz siły na zamiary – mówi stare polskie porzekadło. O ile można wytykać kibicom liczne mniejsze i większe grzeszki, to jednak grzech główny – grzech naiwności obarcza w tym przypadku sumienie kogoś innego. Dobre chęci to za mało, tymi jak wiadomo piekło jest wybrukowane.

Opracował: Przemysław Mrzygłód