Szybkie „sprawdzam” dla Wawrzyka [Komentarz]

Dodał
Zaktualizowano: 21 maja 2013
wawrzyk

To był smutny widok. Niespełna dziewięć minut walki, Polak kończy pojedynek z zakrwawioną twarzą, lądując wcześniej trzykrotnie na deskach. Prawie 26-letni Andrzej Wawrzyk nie sięgnął po wymarzony pas mistrza świata wagi ciężkiej. Wymarzony, nawet biorąc pod uwagę fakt, że był to pas poniekąd drugiej kategorii. Jak to bywa po porażkach zewsząd odezwały się krytyczne głosy – że to za wcześnie, że niepotrzebnie, że zbyt optymistycznie. W felietonie dla „Gazety Wyborczej” Radosław Leniarski posuwa się nawet do stwierdzenia:

Wawrzyk i inni pięściarze polscy stopniowo przesuwają szczyt hurraoptymizmu w kierunku Himalajów, a promotorzy szczyt wyrachowania.

Czy faktycznie wystawienie Wawrzyka do pojedynku z Aleksandrem Powietkinem było świadomym działaniem, z góry obliczonym na porażkę? Nawet jeśli tak, to co z tego? Należałoby najpierw zadać sobie pytanie czy Wawrzyk faktycznie musiał to starcie wygrać. Od początku wiadomo było, że okoliczności – różnica w umiejętnościach i doświadczeniu,  miejsce rozegrania pojedynku, zbliżająca się walka Powietkina z Kliczką – nie przemawiały za szansami zawodnika grupy Knockout Promotions.  Czy w związku z tym należało tę okazję odrzucić?  Do osiągnięcia choćby umiarkowanego sukcesu wystarczył dobry występ. Nie zwycięstwo, nie zdobycie tytułu. Wawrzyk mógł pokazać, że drzemie w nim potencjał, że można pokładać w nim nadzieje. Tak się nie stało, ale czy pojedynek z chimerycznym, ciągle tak naprawdę niezweryfikowanym na najwyższym poziomie Powietkinem, nie był dobrą okazją do podjęcia pewnego ryzyka?

Andrzej Wasilewski przyzwyczaił nas do tego, że nie lubi pochopnie odkrywać kart. Jego zawodnicy prowadzeni są bardzo spokojnie, traktowani często jak trzcina, którą może uszkodzić jeden przypadkowy podmuch wiatru. Polski promotor lubi a często po prostu musi czekać na odpowiedni moment by pokazać co tak naprawdę trzyma w ręku. Czasem można się domyślić, czasem – jak choćby w przypadku Pawła Kołodzieja – pozostaje to zagadką.  Teraz dosyć szybko zgodził się, aby ktoś powiedział: „sprawdzam”. Wielkiego zaskoczenia nie było. Wawrzyk – tak jak wielu się spodziewało – okazał się co najwyżej „parą dziewiątek”, a z taką konfiguracją trudno odejść od stołu z wypchanymi po brzegi kieszeniami. Czy gdyby Wasilewski trzymał swoje dwie dziewiątki dalej za pazuchą, to z czasem zmieniłyby się w  ”streeta”, „fulla” a może nawet „karetę” ? Nie ma się co łudzić…

Opiekun Wawrzyka mógł czekać na ofertę od „ukraińskiego stolika” albo skorzystać z zaproszenia od Brytyjczyków. Mógł też pozostać przy pokrytym tandetną ceratą stoliku węgiersko – słowackim, ale tutaj nie gra się o duże stawki, co najwyżej o drobne, które starczą do końca miesiąca. Dosiadł się ostatecznie do Rosjan i mimo wszystko była to decyzja dobra. Lepsze szybkie „sprawdzam” niż niekończący się blef.