Paweł Nastula dla Fightingclub.pl: Myślę o zakończeniu kariery

Dodał
Zaktualizowano: 17 lutego 2013
Susumu Nagao's Photograph

Zapraszamy do lektury wywiadu z legendarnym judoką- Pawłem Nastulą. Mistrz olimpijski z Atlanty opowiada o swoich początkach w MMA i przygodzie z federacją „Pride”. Zdradza nam też, co myśli o polskiej scenie mieszanych sportów walki.

Na początku naszej rozmowy chciałem zapytać o 2005 rok i kulisy Pańskiego debiutu w mieszanych sztukach walki. Jak to się stało, że znalazł się Pan na scenie MMA? Dlaczego Pański debiut miał miejsce w Japonii, do tego z tak silnym zawodnikiem – ówczesnym numerem dwa wagi ciężkiej światowego rankingu – Antonio Rodrigo Noguerią?

Po zakończeniu mojej wspanialej przygody z judo dostałem propozycję z Japonii za pośrednictwem mojego przyjaciela Michała, który mieszkał od dłuższego czasu w Japonii i był blisko federacji „Pride”(ówczesna największa federacja MMA – przyp.red). W trakcie luźnej rozmowy wyszło tak, że jak będę chciał – to będę miał możliwość debiutu w MMA – wtedy w bardzo prestiżowej i silnej federacji „Pride”. Nie ukrywam, że śledziłem scenę MMA, oglądałem walki, które się odbywały w USA jak i te, które miały miejsce w Japonii. Odpowiedziałem na propozycję pozytywnie, jednak musiałem skonsultować całą sytuację z żoną i chciałem zobaczyć na żywo galę. Po jakimś czasie poleciałem wraz z żoną na jedną z gal i podpisałem kontrakt z federacją „Pride” na pięć walk. Tak się właśnie zaczęła moja przygoda z MMA. Zacząłem z wysokiego pułapu – walką z Noguerią, który był numerem dwa w wadze ciężkiej. Do tej walki przystępowałem po około czterech miesiącach treningu, więc właściwie „raczkowałem” jeżeli chodzi o MMA. Za bardzo nie wiedziałem o co do końca chodzi w tym sporcie. Jednak powiedziałem już „A” i trzeba było powiedzieć „B”. Podjąłem wyzwanie, jakim była walka z Noguerią. Choć nie miałem większego wpływu na dobór przeciwników.

Ostatnio przeglądałem archiwalne artykuły z różnych mediów. Dotyczyły one pańskiego debiutu w MMA. Padały takie sformułowania jak: „ To głupia i bezsensowna walka Nastuli” lub „Brazylijczyk zabije Nastulę”. Teraz nie ma takich debiutów. Mało kto dawał panu szansę. Zastanawiam się jak Pan wtedy znosił psychicznie tą walkę, co Pan czuł przed pojedynkiem?

Jeżeli chodzi o emocje – patrząc z perspektywy czasu to pierwsza walka była najgorsza. Różne rzeczy działy się w moim organizmie, ale to dlatego, że zaczynałem robić coś nowego. Nie wiedziałem co mnie czeka w ringu, nie miałem pojęcia jak wygląda taka walka. To był ogromny stres. Jednak wiedziałem, że jestem wojownikiem i potrafię walczyć. To mi pomagało przed samym starciem.

Judo okazało się kluczem do podjęcia walki?

Zdecydowanie tak. Mogłem bazować tylko i wyłącznie na judo. Musiałem wykorzystywać wówczas to, co robiłem od dziecka, czyli wspomniane judo. Szczególnie, że do pierwszej walki trenowałem przekrojowo ale krótko, więc judo było najważniejsze i najistotniejsze. Miałem odpowiedni balans ciała, parter i to było kluczowe. Dzięki moim wieloletniej pracy z judo mogłem podjąć walkę z czołowymi zawodnikami ówczesnego MMA.

Przegrał Pan dwie pierwsze walki. Pierwszą z wspomnianym Noguerią, druga z Aleksandrem Jemilianenko, która była bardzo zacięta. Wszyscy myśleli, że spasuje Pan lub wróci na ring ze słabszym rywalem. Tymczasem dostał Pan walkę z Edsonem „Drago” Vierią, który słynął z piorunujących ciosów. Czyli następny mocny rywal bez porażki – miał to być „gwóźdź do trumny” pańskiej kariery… Ku zaskoczeniu obserwatorów rozbił Pan „Drago” i wygrał przed czasem. Po walce z Panem nigdy nie wrócił do dawnej dyspozycji.

Przegrałem dwie pierwsze walki. Trzecia przegrana mogła spowodować to, że rozstanę się z federacją „Pride”. Więc wiedziałem, że to starcie będzie z cyklu „być albo nie być”. Przystępując do walki z „Drago” miałem jakieś doświadczenie. Nie było to doświadczenie w postaci kilkunastu walk, ale oparte na dwóch pojedynkach z absolutną czołówką. Wchodząc do ringu nie odczuwałem już takiego stresu, jaki miał miejsce podczas mojego debiutu. Plan na tą konfrontację był bardzo prosty, czyli nie podejmowanie walki w stójce i sprowadzanie pojedynku do parteru. Ręce miał faktycznie bardzo mocne. Na początku wdałem się w małą wymianę i jeden z jego ciosów doszedł do mnie. Poczułem jego siłę. Później walkę sprowadziłem do parteru. Udało mi się wygrać i bardzo się z tej wygranej cieszyłem, ponieważ pozwoliła mi pozostać na rynku MMA.

Przeglądałem ostatnio „wspomnienia” Wojciecha Borowiaka (twórca sukcesów Nastuli w judo – przyp.red). Trener poświecił dużo miejsca pańskiej osobie, opisywał jako „charakternego” chłopca, który nie bał się szkolnych przepychanek. Kiedyś stanął Pan w obronie kolegi, który był nękany w szkole przez syna wpływowego milicjanta, to była głośna sprawa. Czyli charakter był od zawsze?

Jeżeli mówimy o sportach walki typowo uderzanych, gdzie kontakt z przeciwnikiem jest bardzo częsty, to charakter jest niezbędny. Zawodnik może posiadać technikę,siłę,wytrzymałość – ale jeżeli nie posiada charakteru to nie wytrzyma długo.

W jakim miejscu znajduje się obecnie polskie MMA?

Rozwija się. Kiedy ja zaczynałem przygodę z tym sportem, to w Japonii stał on na najwyższym poziomie, a u nas odbywały się małe gale. Mało się kiedyś mówiło w Polsce o MMA, a jak się mówiło, to mówiło się źle, że to zajęcie dla bandytów. W tej chwili MMA traktowane jest jako sport. Mamy bardzo dużo utalentowanych zawodników. Brakuje tylko odpowiedniego zajęcia się tymi zawodnikami. Powstają nowe kluby, jednak nie posiadamy rozwiniętej bazy szkoleniowej. Nie oczekuję, że będzie to wyglądało to jak w USA. Tam każdy wie co ma robić. Amerykanie mają swoich trenerów od różnych stylów i trening jest bardzo profesjonalny. Na pewno Polska dąży w tym kierunku, myślę jednak, że trochę czasu to potrwa zanim osiągniemy bardzo wysoki poziom. W USA zawodnicy mają zaplanowaną ilość startów i są wstanie utrzymywać się z MMA. Nasi zawodnicy mają niskie zarobki i to nawet ci czołowi. Bardzo często muszą pracować lub dorabiać, żeby funkcjonować w życiu codziennym. Musimy stworzyć przynajmniej najlepszym zawodnikom godne warunki. Im większa ilość gal, tym więcej możliwości dla młodych zawodników. I najbardziej istotna sprawa – młodzi nie mogą zarabiać po pięćset złotych za walkę. W Polsce niestety są takie gale , na których są takie gaże. Więcej trzeba wydać na odżywki, więc mija się to z celem.

Na marcowej gali KSW 22 wystąpi Pan jako główny bohater wieczoru. Dlaczego tak późno doszło do porozumienia z właścicielami KSW?

Dopiero w tym momencie osiągnęliśmy wspólny mianownik. Rozmowy trwały bardzo długo, bo kilka lat. Może to i dobrze, że dopiero teraz doszliśmy do porozumienia. Mam już swoje lata, myślę o zakończeniu kariery. Zaczynałem w największej organizacji na świecie, a swoją przygodę z MMA skończę w największej europejskiej organizacji, jaką jest niewątpliwie KSW.

Rozmawiałem niedawno z Mariuszem Pudzianowskim i powiedział mi, że wasze drogi zejdą się kiedyś w ringu. Natomiast patrząc z punktu widzenia czysto sportowego, bardziej chciałbym zobaczyć starcie Nastula – Grabowski. Damian powiedział mi, że trudno mu jest wypowiadać się na temat ewentualnej wspólnej batalii, ponieważ nigdy nie myślał o walce z człowiekiem, na którym się wychował i jest jego idolem…

Jest mi bardzo miło, że Damian myśli i mówi o mnie w ten sposób. Jednak do naszej walki nie dojdzie, ponieważ walczymy dla innych federacji i jest to niemożliwe. Tak jak wspominałem – jestem już bliski zakończenia kariery, mam w tej chwili kontrakt z KSW na dwie walki. Tą najbliższą w marcu i następną pod koniec roku. Później będę się nad wszystkim poważnie zastanawiał. Więc tym bardziej walkę z Damianem należy odłożyć na bok. Jeżeli chodzi o Pudzianowskiego – to on tylko dużo mówi.

Na koniec chciałem zapytać o temat, którym żyje cała sportowa Polska, czyli walka Gołota – Saleta. Na kogo Pan stawia?

Myślę, że walka może się zakończyć w pierwszej, drugiej rundzie na korzyść Gołoty. W przypadku, gdy będzie trwała coraz dłużej, to dałbym większe szanse Przemkowi. Oczywiście mogę się mylić, ale tak to widzę.

Rozmawiał: Marcin Mlak 

Capricorn pisze:

Fajny wywiad. Sam byłem w szoku, kiedy podjął rywalizację z Nogueirą. To było harakiri. Facet ma jaja.